czwartek, 15 grudnia 2011

Budziszyn - grudzień 2011 (Niemcy)

Niemiecki Budziszyn (Bautzen) jest historyczną stolicą Górnych Łużyc i centrum kulturalnym Łużyczan. Z tego względu nikogo nie powinny dziwić dwujęzyczne tablice i oznaczenia - po niemiecku i łużycku. Panuje tu germańsko-słowiański klimat i momentami można odnieść wrażenie jakbyśmy znaleźli się w jakimś świecie równoległym. Tutaj kultura germańska przeplata się ze słowiańską. Przechadzając się wąskimi uliczkami starego miasta w czasie świąt przesilenia zimowego - kiedy tradycje różnych kultur i religii przenikają się - odczuwamy wszystkimi zmysłami magię czasów i miejsc związanych z tym miasteczkiem.
Żywe kolory Jarmarku Bożonarodzeniowego, fasady starych kamieniczek, ratusz ze słonecznym zegarem, surowe wnętrze katedry, ruiny kościołów, wieże dawnego systemu obronnego, rzeka Sprewa i "jej" młyny oraz mosty - niezapomniany klimat grudniowej podróży autostradą A4 - w połowie drogi między Dreznem (Dresden) a granicą niemiecko-polską.

sobota, 3 grudnia 2011

Żórawina - listopad 2011 (Polska)

15 kilometrów na południe od Wrocławia leży stara wieś Żórawina. Tam, w malowniczym oświetleniu jesieni, oglądamy gotycki obronny kościół pw. Św. Trójcy z połowy XIV wieku. Następnie przemierzamy senne ulice i docieramy do dawnego kościoła ewangelickiego z 1913 roku. Zaraz przy nim stoi pręgierz z XVI wieku. Obecnie jest cokołem rzeźby Jezusa Chrystusa. Wędrując dalej, wśród wiejskich zabudowań, docieramy do "pałacu", który dawno zatracił swoją "pałacowość" i teraz jest zwykłym, niczym nie wyróżniającym się, budynkiem.

Wracając do Wrocławia, zaraz za ostatnim budynkiem Żórawiny, zahaczamy o stalowy maszt radiowy (258 metrów wysokości). Zastąpił on w tym miejscu prawie 150 metrowy drewniany maszt z 1932 roku, który uchodził w owym czasie za jedną z najwyższych konstrukcji drewnianych na świecie.

Z Wrocławia do Żórawiny prowadzi wiele dróg. I nic nie stoi na przeszkodzie by w ciepłe dni wybrać się tam na rowerze. Ale późna jesień to już inna historia...

Kościół pw. Św. Trójcy.

sobota, 8 października 2011

Okolice Sulechowa - wrzesień 2011 (Polska)

Pierwszy weekend września 2011 roku spędzamy na rowerach w krainie lasów i łąk lubuskich. Nasza podróż zaczyna się w Sulechowie. Wyjeżdżamy z tego miasteczka drogą nr 278. Trzymamy się cały czas czarnego szlaku. Mijamy Kruszynę i Obłotne, aż docieramy do sosny "Waligóra". Jest to najgrubsza sosna w Polsce (obwód: 625 cm).
Z czarnego szlaku wskakujemy na zielony i jedziemy lasem w stronę Klępska. Mijamy wiadukt kolejowy nieczynnej linii "Sulechów - Wolsztyn" i jesteśmy w Klępsku. Tutaj oglądamy zabytkowy, drewniany kościół z końca XVI wieku. By wejść do środka trzeba zadzwonić po przewodnika. Nie mamy na to czasu, więc ruszamy dalej. Może następnym razem, bo sam kościół i jego okolice są warte bliższego poznania.
Naszym kolejny celem jest wieś Kalsk. Aby do niej dojechać musimy przejechać przez Łęgowo i Buków. W Kalsku oglądamy kościół z XVI wieku - tylko na to pozwala nam czas. Robimy krótką przerwę na kawę i jedziemy do Kij.
Bardzo blisko położone względem siebie wsie: Kije i Głogusz - to chyba najbardziej tajemnicze miejsca na naszym szlaku tego dnia. Jest to obszar, na którym rozegrała się jedna z największych bitew wojny siedmioletniej. W 1759 roku wojska Prus starły się z oddziałami carskiej Rosji. Jednym z nielicznych niemych świadków tamtych wydarzeń jest prasłowiańskie grodzisko znajdujące się w Kijach.
Do Sulechowa wracamy przez Mozów. Jedziemy szutrową drogą pośród zaoranych pól, na horyzoncie majaczy Zielona Góra, a w powietrzu unosi się zapach ropy naftowej, która jest wydobywana w pobliskiej małej kopalni.

Województwo lubuskie ma wiele bardzo ciekawych atrakcji turystycznych, godnych bliższego poznania ze względu na swoją unikatowość i oryginalność. Niestety, infrastruktura turystyczna leży i kwiczy. Szlaki są fatalnie oznakowane, drogi rowerowe nie są przystosowane do jazdy rowerem (piach i pofalowane "kocie łby"), przewodniki to chyba białe kruki, oferta map tego regionu mizerna, "informacja turystyczna" prawie nie istnieje - są "tablice informacyjne" i tylko z nich można czerpać jakąś wiedzę... Ale z drugiej strony, może to dobrze. Dzięki temu zostało jeszcze wiele do samodzielnego odkrycia...

Wyjeżdżamy z Sulechowa.

sobota, 17 września 2011

Malaga - lipiec 2011 (Hiszpania)

Jedziemy z Almeríi (Almería) do Malagi (Málaga). Im bliżej jesteśmy celu, tym większe ośrodki turystyczne zaczynają się pojawiać za oknami naszego autobusu. To Costa Del Sol. Najbardziej skomercjalizowane turystycznie miejsce w Hiszpanii. Fabryka opalenizny osnuta nudą, która wije się nad gorącym piaskiem i skwierczy odbłyskami pośród fal.

Malaga odbiega od tego wizerunku. To naprawdę przyjemne miejsce. Chociaż do końca nie wiemy dlaczego wyjątkowo przypadło nam do gustu... Jest to miasto z długą historią. Nie za piękne i nie za brzydkie. Rozwijające się. Posiadające wiele interesujących zakątków. Po prostu: ciekawe.

W Maladze jesteśmy wczesnym popołudniem. Z dworca autobusowego kierujemy się do centrum. Okazuje się, że znalezienie taniego noclegu w Maladze nie będzie należało do łatwych zadań. Hostale w centrum się cenią, mimo że nie zapewniają takich standardów jak te w Grenadzie (Granada) czy Almeríi. Po około dwóch godzinach znajdujemy hostel "Residencia Malaga Backpackers" przy ulicy Jeronimo Bobadilla (boczna Heroe De Sostoa). Hostel mieści się w nieciekawej, ale swojskiej dzielnicy: wśród blokowisk, obok drogi na lotnisko, niedaleko plaży. Za pokój dwuosobowy płacimy 18 EUR/os. Łazienki są wspólne - jedna dla każdego piętra. To są suche fakty. Teraz wrażenia... I tak, pierwsze wrażenie jest dobre. Niesmak pojawia się po pierwszej dobie. Obsługa jest miła, ale nie radzi sobie (może nie chce) z nieokrzesanymi mieszkańcami. W nocy jest naprawdę głośno. Na korytarzach słychać bezsensowne krzyki w różnych językach. Pijane międzynarodowe towarzystwo bawi się do późna w "salonie", który nie jest odpowiednio odcięty dźwiękowo od części sypialnej, a imprezy są organizowane codziennie. Hostel jest brudny i zaniedbany. Internet (WiFi i stanowiska stacjonarne) dostępny tylko w "salonie". Wspomniany "salon" połączony jest z kuchnią - bardzo przestrzenne miejsce i nawet przytulne w ciągu dnia, ale wieczorami zamienia się w dyskotekę i przestaje być dostępne dla osób chcących tylko zjeść, albo się wyciszyć po całym dniu. Pokoje są tandetne, a wieczorna podróż do łazienki naraża nas na obijanie się na korytarzu o nietrzeźwych współmieszkańców. Wspólne lodówki są przepełnione i znika z nich jedzenie.

Promenada w porcie.

środa, 31 sierpnia 2011

Almería, El Cabo de Gata, San José - lipiec 2011 (Hiszpania)


Almería i El Cabo de Gata

Droga z Grenady (Granada) do Almeríi prowadzi przez zmieniające się krajobrazy. Jadąc wśród zalesionych wzgórz powoli zaczynamy się przyzwyczajać do skalistych zboczy, a następnie przemierzamy pustynny krajobraz, który przed samą Almeríą pokrywa się szarą folią. To specjalne "szklarniowe" uprawy warzyw, ze szczególnym naciskiem na pomidory. Rozciągają się na wiele kilometrów wokół Almeríi i przez to tworzą dość ponury klimat, który dominuje nad tą okolicą...

W Almeríi zatrzymujemy się w hostalu "Maribel" przy alei Federico Garcia Lorca. Standard pokoju podobny do tego w Grenadzie, czyli: dwuosobowy z łazienką, TV, WiFi i klimatyzacją. Cena: 18 EUR/os. Bardzo miła obsługa, która mówi tylko po hiszpańsku. Hostel jest trochę oddalony od ścisłego centrum oraz od dworca kolejowo-autobusowego. Ale zielona aleja Federico Garcia Lorca rekompensuje tę niedogodność...

Sama Almería jest dość prowincjonalnym miastem. Odnosi się wrażenie wszechobecnego marazmu. Mimo kilku wizualnych atrakcji nic nie przyciąga do tego miasta na dłużej. Ale na pewno warto zwiedzić twierdzę Alcazaba oraz pospacerować po starym mieście.
Almería na pewno będzie świetną bazą wypadową dla zmotoryzowanych, bo prawdziwe atrakcje czekają na turystów poza granicami miasta. Chociaż znowu mamy tu do czynienia z wygórowaną ceną do jakości atrakcji. Dotyczy to głównie pseudomiasteczek rodem z dzikiego zachodu. Są to pozostałości po planach filmowych "spaghetti westernów". Za oglądanie atrap domów trzeba zapłacić około 20 EUR/os. Myślę, że można sobie darować tą wątpliwą atrakcję. Zwłaszcza, że cały ten region do tej pory jest wykorzystywany jako plan filmowy i na każdym kroku można znaleźć jakieś pozostałości po ekipach z branży kinematograficznej. Są nawet wyznaczone specjalne szlaki tematyczne związane z różnymi produkcjami filmowymi.

Almería...

sobota, 27 sierpnia 2011

Grenada, Veleta - lipiec 2011 (Hiszpania)

Z Walencji (Valencia) do Grenady (Granada) jedziemy autobusem ponad 8 godzin. Jest słoneczny poranek. Z dworca autobusowego udajemy się komunikacją miejską na ulicę Gran Via de Colon, która znajduje się w samym centrum Grenady. W hostalu "Sonia" przy tejże ulicy wynajmujemy pokój. Jest on dwuosobowy. Posiada łazienkę, TV, WiFi i klimatyzację. Cena: 15 EUR/os.
Grenada oferuje bardzo korzystne ceny noclegów przy zachowaniu wysokiej jakości usług. Nasz hostal (hostal to coś pomiędzy hostelem a hotelem) nie odbiegał od tej reguły. Był czysty i miał miłą kompetentną obsługę. Do tego znajdował się w centrum miasta.

Do tej pory w kontaktach z Hiszpanami wystarczał nam język angielski. Hiszpańskiego używaliśmy bardzo sporadycznie. Po przyjeździe do Grenady to się zmieniło. Teraz musiałem zacząć pracować na bardzo wysokich obrotach mózgowo-językowych. Mój hiszpański dopiero się "rozwija" i początki były ciężkie. Ale powoli się rozkręciłem i im bliżej było do powrotu do Polski tym lepiej radziłem sobie w tej materii.

Pierwszy dzień w Grenadzie to spacer po starej dzielnicy Albaicin. Bardzo klimatyczne miejsce. Wąskie uliczki pośród starych, zabytkowych kamieniczek...

Nasz pokój w hostalu "Sonia". Widok mieliśmy na schody ewakuacyjne. No, ale coś za coś...

Recepcja hostalu "Sonia" znajduje się na trzecim piętrze tego budynku.

środa, 24 sierpnia 2011

Walencja - lipiec 2011 (Hiszpania)

Do Walencji (Valencia) przyjeżdżamy późnym popołudniem. Miasto wydaje się trochę opustoszałe. Mimo, że już jest po sjeście. Z dworca autobusowego idziemy na poszukiwanie hostelu. W tych poszukiwania towarzyszy nam dwóch młodych podróżników z Turcji: Semih i Kaan. Nasze drogi jeszcze często będą się krzyżować aż do Grenady (Granada). Jest to bardzo interesujące spotkanie. Dochodzi do wymiany ciekawych informacji z blisko odległych kręgów kulturowych...

Naszą bazą w Walencji zostaje hostel "Indigo" przy ulicy Guillem de Castro. Za miejsca w 8 osobowym pokoju płacimy 15 EUR/os. Hostel jest przyjemny i w miarę czysty. Łazienki są koedukacyjne i trochę niepraktyczne (ciasne kabiny prysznicowe). Internet działa szybko i bezproblemowo. Jest możliwość wykonania wydruków (np. odprawy lotniczej). Za kaucją 10 EUR można otrzymać kłódkę do szafki depozytowej w sypialni. Oczywiście, tylko my Polacy z takiej możliwości skorzystaliśmy. Taka wrodzona polska psychoza, że "zabiorom". Obsługa jest miła i prawie kompetentna. "Prawie" dlatego, że zdarzył nam się mały incydent przy wymeldowaniu, ale wszystko dobrze się skończyło...

Po krótkim ogarnięciu się, ruszamy na miasto. I zostajemy porażeni ponurością tego miejsca. Centrum wydaje się bardzo przytłaczające i jakieś takie chaotyczne...

Hostel "Indigo".

sobota, 20 sierpnia 2011

Barcelona, Tarragona - lipiec 2011 (Hiszpania)


Barcelona

Na lotnisku w Gironie (Girona) lądujemy w środę późnym popołudniem. Transport do Barcelony jest bardzo sprawnie zorganizowany. Autobusy "Barcelona Bus" są zsynchronizowane z przylotami samolotów. Ich stanowisko postojowe jest zaraz przy terminalu lotniska. Odjeżdżają one w takiej ilości, by pomieścić wszystkich pasażerów samolotu. Oczywiście tych, którzy mają chęć dostać się w ten sposób do stolicy Katalonii. Bilet kosztuje 12 EUR. Jedzie się około godziny bez przystanków po drodze. Z autobusu wysiadamy na dworcu autobusowym "Barcelona Nord". On dalej nie jedzie. Stamtąd udajemy się koleją dojazdową do miejscowości El Prat de Llobregat. Tam będzie nasza siedziba na wypady do Barcelony.

El Prat de Llobregat nocą.

Stacja kolei dojazdowej w El Prat de Llobregat. Stąd do centrum Barcelony jedzie się około 15 minut.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Trzebnica - maj 2011 (Polska)

W związku z tym, że ponownie uruchomiono połączenie kolejowe "Wrocław - Trzebnica", postanowiliśmy sprawdzić jakie atrakcje wiążą się z tym przedsięwzięciem. Pociąg zaczyna swój kurs z Dworca Głównego we Wrocławiu, ale my wsiedliśmy do niego na stacji "Wrocław Sołtysowice". Koszt przejazdu zamknął się w 5 PLN/os. łącznie z opłatą za rower: obowiązuje promocja "TY i raz, dwa, trzy" oraz dodatkowo w weekend obniżona cena za rower (1 PLN). Czas przejazdu wyniósł około 30 min. Jedzie się czystym, wygodnym szynobusem, mijając na początku płaski, a następnie łagodnie pofalowany polno-leśny krajobraz.

Trzebnica staje się powoli bardzo ładnym miasteczkiem. Lata zaniedbań PRL'u są sukcesywnie eliminowane z tkanki miejskiej. Nigdy jakoś specjalnie nie interesowały mnie te rejony, ale po tej wyprawie muszę zweryfikować swoje cele wyjazdowe. Podczas tej wycieczki nie zagłębialiśmy się bardzo w atrakcje regionalne, ale zrobiliśmy wstępny rekonesans, który zachęcił nas do bliższego poznawania tych terenów w przyszłości.

Z Trzebnicy ruszyliśmy rowerowym zielonym szlakiem na południe w stronę Wrocławia. Połowa trasy była naprawdę malownicza. Wiodła przez pofałdowane tereny pełne rzepakowych pól, fragmentów leśnych i sennych wiosek. Zaczarowane Wzgórza z Wąwozami Lessowymi były najciekawszą pozycją tej wyprawy.

Im bliżej Wrocławia tym krajobraz stawał się coraz bardziej męczący. Osiągnął swoje apogeum beznadziejności przy wjeździe w granice miasta. Między wioską Malin a osiedlem wrocławskim Poświętne rozciąga się obszar miejsko-wiejskiej zabudowy z tandetnymi warsztatami i manufakturami. Drogi nie mają pobocza, a wjazd do miasta odbywa się obskurną drogą, po której mkną bez ładu i składu różnej treści samochody.

Podsumowując...
Ładna trasa rowerowa, warta swoich atrakcji. Minusem są nie do końca dobrze oznaczone szlaki (ale da się przeżyć), słaba infrastruktura turystyczna (brak miejsc do odpoczynku itp.) i droga wjazdowa do Wrocławia.

Stacja "Wrocław Sołtysowice".

środa, 11 maja 2011

Hurghada, Kair - grudzień 2010 (Egipt)

Spontaniczny, tygodniowy wyjazd do Egiptu na grudniowe święta. Touroperator: Exim Tours. Główny cel: Kair (Al-Qahira) i piramidy w Gizie (Al-Giza).
To był nasz pierwszy tego typu wyjazd (touroperator i kierunek), więc nie wiedzieliśmy do końca czego się spodziewać. A ponieważ lubimy na wyjazdach być niezależni, postanowiliśmy sami zorganizować sobie wycieczki do wyżej wymienionych miejsc.
W Hurghadzie (Al-Gurdaqa) wylądowaliśmy o 3:15 w nocy czasu egipskiego (samolot był opóźniony z powodu mgły na wrocławskim lotnisku). Z lotniska zostaliśmy zawiezieni autokarem do naszego hotelu.

Hotel "Magawish" (4 gwiazdki):
Opinia obiektywna - nie powinien mieć 4 gwiazdek, góra 3.
Opinia subiektywna - nie mamy jakiś wygórowanych wymagań, więc byliśmy z niego zadowoleni. Czysto, atrakcyjna plaża, dobre jedzenie, normalna obsługa, anonimowość, duża ilość obiektów okołoturystycznych na terenie hotelowym (punkty usługowe, atrakcje rozrywkowe itp.) - to plusy. Duża odległość od miasta (około 12 km do starego centrum), drogi internet - to minusy.

Po zameldowaniu się w hotelu, zostaliśmy przewiezieni do naszego bungalowa. Odbyło się to mikrofurgonetką. Z przodu nie było wiele miejsca, więc bagaże, ja i człowiek z obsługi - jechaliśmy "na pace". To było nawet zabawne...
Nad ranem odbyło się spotkanie z rezydentem. Tam dowiedzieliśmy się, że możemy wykupić wycieczki fakultatywne dla niedzielnych turystów w chorych cenach. Dostaliśmy też przestrogę przed wyjazdami na własną rękę - bo się nie da... i w ogóle: że wojna, terroryści, cyborgi i laleczka Chucky...

Oczywiście, na początek trzeba było "zaliczyć" Morze Czerwone. Więc je zaliczyliśmy. Nic szczególnego. Oto wrażenia: bardzo przejrzyste, w grudniu cieplejsze niż Bałtyk latem, bardzo słone - można się porzygać.

No i ruszyliśmy w teren...
Z hotelu do miasta można się dostać taksówką lub busem. My jeździliśmy busem. Była to najtańsza opcja. Busa łapie się w każdym miejscu - nie ma przystanków. Koszty przejazdów busami w Hurghadzie i Kairze jednorazowo nie przekraczały 0,30 USD (zazwyczaj było to około 0,10 USD). Jeżeli ktoś chciał więcej to znaczy, że oszukiwał. Chociaż czasem, w nietypowych okolicznościach (noc, duży bagaż itp.), bywało drożej.

Hurghada to głównie siedziba turystów z Rosji. Często słychać język rosyjski i rzucają się w oczy rosyjskie napisy. Miasto jest mało atrakcyjne wizualnie. Osobiście polecam zainteresować się pobliskimi górami. Naprawdę robią wrażenie. Nam się niestety nie udało ich nawiedzić, ale wiem, że muszę tam kiedyś pojechać...

Niestety, nic dobrego nie mogę powiedzieć o Egipcjanach. Przez cały nasz pobyt w tym kraju byliśmy narażeni na ataki ulicznych sprzedawców i taksówkarzy. Do tego ciągłe próby oszustwa. Ja rozumiem, że ci ludzie z tego żyją, ale ich metody są naprawdę żenujące. Nachalność połączona z chamstwem. Trzeba naprawdę mocnego charakteru, cierpliwości i czujności by się temu wszystkiemu oprzeć. Nie uniknie się wpadek, lecz musisz się starać o to by były one jak najmniej kosztowne... W końcowym momencie naszego pobytu w Hurghadzie, by uniknąć tych ataków, zaczęliśmy chodzić trasą szybkiego ruchu. Jest to obwodnica wzdłuż całego miasta i... posiada chodniki. Jeżeli nie interesują cię pamiątki, to zakupy pierwszej potrzeby polecam robić w supermarketach (Abu Ashra, Metro). Jest ich kilka w Hurghadzie i wciąż powstają nowe. Tam nie musisz się targować, masz spokój i czas by zebrać myśli. Ceny są różne, ale raczej jest trochę taniej niż w krajach Unii Europejskiej. Posiłki na mieście (głównie obiady) jedliśmy w McDonald's lub w KFC. Typowo egipskie jedzenie nie przypadło nam do gustu. Nie było żadnej "zemsty faraona", po prostu nam nie smakowało.

Wyjazd do Kairu...
Ostrzegano nas (rezydent), że poruszanie się po Egipcie jest bardzo trudne. Bzdura! Jest łatwiej niż w Polsce. W Hurghadzie jest kilka tzw. "dworców autobusowych". My byliśmy na dwóch. Pierwszy, chyba "Główny", okazał się pomyłką. Drugi, firmy ElGouna, był strzałem w dziesiątkę. Kompetentny człowiek w ładnym biurze sprzedał nam bez problemów bilety na nocny autobus do Kairu (około 12 USD/os.).

Od razu muszę nadmienić, że jeżeli ktoś zna język angielski, to porozumiewanie się w Egipcie nie jest problemem. Większość Egipcjan mówi w tym języku w miarę dobrze, a na pewno lepiej niż większość Polaków.

Jeżeli wcześniej napisałem, że biuro ElGouna było ładne, to teraz muszę napisać, że plac manewrowy, znajdujący się za tym biurem, to utwardzone kartoflisko, otoczone niedokończonymi szkieletami budynków. A toalety... poezja sięgająca bruku - hardcore dla wyczynowców. Natomiast autobus - pierwsza klasa. Klimatyzacja, toaleta, video i posiłek na drogę - wszystko w cenie biletu.
Czas przejazdu Hurghada - Kair bywa różny. Jest jeden pewny postój (około połowy drogi). I tak też było w drodze do Kairu. Lecz z powrotem mieliśmy dodatkowo trzy kontrole policyjne, które wydłużyły przejazd. Kontrole dotyczyły tylko i wyłącznie Egipcjan. Tak więc czas przejazdu to około 6/8 godzin.

Do Kairu dotarliśmy bardzo wczesnym rankiem. Było jeszcze ciemno i nie wiedzieliśmy za bardzo, w którą stronę iść. Do świtu przeczekaliśmy w poczekalni "dworca" ElGouna. Jak się później okazało, zaraz na przeciwko mieliśmy Muzeum Egipskie, za nim plac Tahrir, nad nami natomiast górował hotel "Ramses Hilton".

Gdy się tylko rozjaśniło, ruszyliśmy szukać hotelu. Wybór padł na hotel "Tulip" na placu Tala at Harb.

I tu ostrzeżenie (pierwsze):
Zanim dotarliśmy do tego hotelu, przyczepił się do nas człowiek - w średnim wieku, dobrze ubrany, wygadany, z manierami itp. Był to oszust, który chciał nas namówić na skorzystanie z hotelu, od którego on dostaje prowizję za turystów (prowizja ta jest doliczana do rachunku za pokój). My grzecznie, acz stanowczo podziękowaliśmy. Niepocieszony, oddalił się, wciąż oferując swoją interesowną "pomoc". Tacy oszuści są w Kairze częstym zjawiskiem. I naprawdę trudno ich odróżnić od osób chcących bezinteresownie pomóc. Nam się udało, bo byliśmy czujni i wiedzieliśmy z grubsza o tym zjawisku, ale i tak dość daleko daliśmy się w to wciągnąć. Nie jedyny raz, ale o tym za chwilę.

Hotel "Tulip" na placu Tala at Harb znajduje się w starej secesyjnej kamienicy. Żeby się do niego dostać trzeba wjechać lub wejść na (nie pamiętam, które) piętro. Hotel nie zajmuje całego budynku. W środku jest bardzo klimatycznie. Atmosfera jak w starych filmach szpiegowskich o II wojnie światowej. Tę oryginalną otoczkę tworzy stare wyposażenie tej kamienicy.
Za jedną noc, w pokoju dwuosobowym z łazienką, zapłaciliśmy około 22 USD za dwie osoby.

Po zakwaterowaniu w hotelu udaliśmy się na rekonesans po okolicy...
Kair to miasto z klimatem. Tego nie da się opisać, tu trzeba być. Kamienice rodem z Gotham City. Ogromne potoki samochodów w różnym stanie technicznym i wszechobecny dźwięk klaksonów. Przejście przez ulicę to wyzwanie i zarazem atrakcja - ruch drogowy rządzi się swoimi prawami. Nad tym wszystkim unosi się jakaś taka atmosfera nierealności wyłaniająca się z ciężkiego, zanieczyszczonego powietrza. Naprawdę żałuję, że nie mieliśmy więcej czasu na bliższe poznanie tego miasta. Jest więc powód, żeby tu wrócić.

Po pierwszym rekonesansie, zmęczeni autokarową podróżą, padliśmy na hotelowe łóżko i zasnęliśmy...
Po przebudzeniu ruszyliśmy na piramidy. Pierwszy etap podróży był łatwy. Wsiedliśmy w metro na stacji "Sadat (Tahrir)", a wysiedliśmy na "Giza Station". Drugi etap już tak łatwy nie był...

I tu ostrzeżenie (drugie):
Na stacji "Giza Station" znowu przyczepił się do nasz człowiek. Starszawy pan widząc naszą niepewność co do kierunku kroków zaofiarował swoją pomoc. Jak się później okazało, bardzo interesowną. Przeprowadził  i przewiózł nas tutejszymi środkami transportu aż do samych piramid. Nasze późne wyjście i długa podróż sprawiły, że dotarliśmy tam już po zamknięciu. Więc zostaliśmy zaprowadzeni przez tego człowieka do "rządowej" wypożyczalni wielbłądów "dla studentów". Tam długo broniliśmy się przed skorzystaniem z tej wątpliwej atrakcji, ale w końcu udało nam się wykręcić z tej imprezy. Oczywiście, ten pan dostałby za nas dolę od obsługi tego przybytku (zasady na jakich działa ten punkt są dla mnie zagadką).

Nie ma tego złego co by w dobroć obróć żeś się...
Dzięki temu dowiedzieliśmy się jak sprawnie dojechać do piramid i wykorzystaliśmy to na następny dzień.

Rano, po śniadaniu w KFC na placu Tahrir, ruszyliśmy ponownie do piramid. Na stacji metra "Giza Station" poznaliśmy bardzo sympatyczne, ale trochę zagubione, małżeństwo z Tajwanu. I od tego momentu zaczęliśmy wędrować w czwórkę.

Oto poradnik jak dostać się do piramid z "Giza Station":
- Wychodzimy ze stacji "Giza Station".
- Przechodzimy na drugą stronę ulicy Al-Ahram (Droga Piramid). Tam łapiemy busa. Najlepiej zrobić to krzycząc pytająco: "Al-Ahram!" (Piramidy) do przejeżdżających busów. Na pewno któryś się zatrzyma.
- Po około 10 km zostaniecie wysadzeni (bez komentarza). Warto co jakiś czas dopytywać się o swój przystanek.
- Z dużym prawdopodobieństwem zostaniecie wysadzeni na skrzyżowaniu z ulicą Al-Mansoureya (w tym miejscu proponuję korzystać z mapy i języka). A stąd to już żabi skok i jesteście pod Cheopsem.
Myśmy przebyli tę drogę dokładnie w ten sposób. Jest to najtańsza opcja dostania się do piramid z centrum Kairu.

Dla piramid polecieliśmy do Egiptu. Warto było tyle przejść by się tu dostać. Te budowle robią niesamowite wrażenie. Tysiące lat historii zaklęte w kamieniach... Niestety, spokój kontemplacji jest zabijany przez wszędobylskich i nachalnych właścicieli "przenośnych" wypożyczalni wielbłądów i koni. Oni są jak komary. Należy ich olać. No chyba, że lubisz te zwierzęta i chcesz dla nich stracić fortunę.
Po parogodzinnym marszu wśród zaklętych ścieżek faraonów, udaliśmy się na obiad do pobliskiego KFC i patrząc na Wielkiego Sfinksa zajadaliśmy kanapki z kurczakiem. Tyle pozostało z magii tego miejsca...
Pożegnaliśmy naszych towarzyszy z Tajwanu na stacji "Sadat (Tahrir)" i piechotą poszliśmy w okolice "dworca" autobusowego ElGouna. Nastał kairski wieczór oświetlony neonami. Mając trochę czasu do odjazdu autobusu, kręciliśmy się wzdłuż kolorowego nabrzeża Nilu.

W Hurghadzie byliśmy o świcie...
Resztę dni w tym nadmorskim mieście spędziliśmy szwendając się po okolicach. Byliśmy m.in. na zamkniętej dla ruchu pustynnej drodze, z której obserwowaliśmy z bardzo bliskiej odległości starty i lądowania samolotów na pobliskim lotnisku... Ogólnie rzecz biorąc, unikaliśmy miejscowych. Bo jeszcze by nam coś sprzedali. Czemu mamy się narażać na niepotrzebny handel...

Pogoda, przez cały nasz pobyt, to takie późne polskie lato. W dzień bywało bardzo gorąco, natomiast po zmroku (który zapadał dość szybko - około 17:00) znacznie się ochładzało. Kair był zdecydowanie zimniejszy od Hurghady. Tam o świcie temperatura spadała do 10°C.

Podsumowując...
Ja osobiście czuję duży niedosyt. Fakt, Egipcjanie to trudny w odbiorze naród, ale żyją w ciekawym miejscu. Chcę tam wrócić. Na trochę dłużej. Teraz przynajmniej wiem czego się spodziewać...

Hurghada. Hotel "Magawish". Nasz bungalow.

Hurghada. Hotel "Magawish". Na plaży...

sobota, 16 kwietnia 2011

Görlitz - czerwiec 2010 (Niemcy)

Görlitz - największe miasto Śląska po stronie Niemiec. Dwie godziny jazdy pociągiem z Wrocławia. Ogromna ilość zabytków - nie zostało zniszczone podczas ostatniej wojny. Görlitz jest w dużej części opuszczone z powodu wyjazdów mieszkańców do zachodnich landów Niemiec. Mimo to widać, że się rozwija. Sukcesywnie odnawiane są zabytkowe budowle w mieście.
Przez środek Görlitz przepływa graniczna rzeka Nysa Łużycka, przez co miasto jest podzielone na dwie części: niemiecką i polską. Polska strona to osobne miasto Zgorzelec. Niestety, daleko jej do standardów estetycznych części niemieckiej. I nie można tego usprawiedliwić argumentem, że najatrakcyjniejsze elementy tego dwumiasta leżą po stronie niemieckiej (np. Stare Miasto).



Kościół Mariacki widziany z Postplatz.



Dom towarowy "Hertie-Kaufhaus".










Barbakan "Kaisertrutz" w remoncie.



Kościół św. Trójcy.









Budynek Schönhof. Siedziba Muzeum Śląskiego.








Stary Ratusz.



Nowy Ratusz.




Kościół farny św. Piotra i Pawła.

Most Staromiejski nad graniczną rzeką Nysą Łużycką.






Kościół farny św. Piotra i Pawła. Widok z Mostu Staromiejskiego.
Do końca 2007 roku istniało w tym miejscu przejście graniczne między Polską a Niemcami.

Widok na polską stronę.


Słup graniczny po stronie niemieckiej.








Przerwa na kawę.



Kolejowy Dworzec Główny w Görlitz i ja...

Wnętrze tegoż dworca.




Byłe przejście graniczne między Polską a Niemcami.

Nysa Łużycka.

Zgorzelec.


Dworzec kolejowy "Zgorzelec Miasto".

Wnętrze tegoż dworca.


Perony wyglądają w miarę...

Budynek dworca "Zgorzelec Miasto". Widok od strony peronów.