środa, 24 sierpnia 2011

Walencja - lipiec 2011 (Hiszpania)

Do Walencji (Valencia) przyjeżdżamy późnym popołudniem. Miasto wydaje się trochę opustoszałe. Mimo, że już jest po sjeście. Z dworca autobusowego idziemy na poszukiwanie hostelu. W tych poszukiwania towarzyszy nam dwóch młodych podróżników z Turcji: Semih i Kaan. Nasze drogi jeszcze często będą się krzyżować aż do Grenady (Granada). Jest to bardzo interesujące spotkanie. Dochodzi do wymiany ciekawych informacji z blisko odległych kręgów kulturowych...

Naszą bazą w Walencji zostaje hostel "Indigo" przy ulicy Guillem de Castro. Za miejsca w 8 osobowym pokoju płacimy 15 EUR/os. Hostel jest przyjemny i w miarę czysty. Łazienki są koedukacyjne i trochę niepraktyczne (ciasne kabiny prysznicowe). Internet działa szybko i bezproblemowo. Jest możliwość wykonania wydruków (np. odprawy lotniczej). Za kaucją 10 EUR można otrzymać kłódkę do szafki depozytowej w sypialni. Oczywiście, tylko my Polacy z takiej możliwości skorzystaliśmy. Taka wrodzona polska psychoza, że "zabiorom". Obsługa jest miła i prawie kompetentna. "Prawie" dlatego, że zdarzył nam się mały incydent przy wymeldowaniu, ale wszystko dobrze się skończyło...

Po krótkim ogarnięciu się, ruszamy na miasto. I zostajemy porażeni ponurością tego miejsca. Centrum wydaje się bardzo przytłaczające i jakieś takie chaotyczne...

Hostel "Indigo".



Katedra.




Wieże "Serrano".

Tak obecnie wygląda miejsce gdzie jeszcze w latach pięćdziesiątych XX wieku płynęła rzeka Turia.


Wieże "Quart".

Nasza sypialnia w hostelu "Indigo".


Drugi dzień w Walencji. Jedziemy zobaczyć wybrzeże i najważniejsze (według mnie) miejsce w tym mieście: "Miasto Sztuki i Nauki". Tego naprawdę trzeba doświadczyć. Niesamowity architektonicznie kompleks tworzy niesamowity klimat, któremu poddaje się cała okolica i w powietrzu czuje się coś wyjątkowego...

Do "Miasta Sztuki i Nauki" idziemy od strony portu torem Formuły 1. Nikt nas nie zatrzymuje, a mapa nie informuje o braku przejścia. Za ostrym zakrętem toru wyłania się ponad trzy metrowe ogrodzenie. Dla mnie to by była chwila, ale nie jestem sam... Po rozmontowaniu nożem kilku drucików ogrodzenie poddaje się i droga do "Miasta Sztuki i Nauki" zostaje otwarta. Prawie. Jeszcze tylko most kolejowy i mały parkan... Uff, udało się...
Chodzi o to by się nie poddawać i iść cały czas do przodu...

Dworzec kolejowy (ten żółty), za nim arena korridy.

Również Walencja ma swoje wypożyczalnie rowerów.

Dworzec kolejowy...


Przesiadka z metra do tramwaju.



Tor Formuły 1. W tym budynku, w czasie zawodów, znajdują się garaże serwisowe poszczególnych zespołów.

Wspomniany wcześniej ostry zakręt. A w oddali już widać "Miasto Sztuki i Nauki".

Tor Formuły 1.


"Miasto Sztuki i Nauki"...






Walencja ma fatalnie zorganizowaną komunikację miejską. A w szczególności tą szynową. Zakup biletu na metro okazał się nie lada wyzwaniem. Niezrozumiałe i wykluczające się informacje na tablicach informacyjnych i w automatach biletowych. Dziwny system płacenia za bilety na metro, które nie wiadomo w jakim kierunku jedzie. Nie spodziewaliśmy się tego po takim mieście jak Walencja...
Ale jedno trzeba przyznać. Transport autobusowy w Hiszpanii (przynajmniej na wybrzeżu Morza Śródziemnego) działa rewelacyjnie. Zero problemów z punktualnością i jakością usług. Przejazdy autobusami miejskimi (zazwyczaj bilet jednorazowy kosztował nie więcej niż 1,50 EUR/os.) i międzymiastowymi były na wysokim poziomie i nie mieliśmy w tym temacie żadnych problemów.

Po całym dniu, pełni wrażeń, przychodzimy na dworzec autobusowy. Jest późny wieczór. Chcemy jechać do Almerii (Almeria), ale okazuje się, że na najbliższy autobus (o godzinie 00:30) wszystkie bilety są już wykupione. Następny jest po 03:00 rano. Zmieniamy plan. Jedziemy do Grenady. Almeria musi poczekać...

Hostel "Indigo" nocą poza wnętrzem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz